Znajdziecie tu historie ciekawe i dziwne, przemyślenia na temat tego, co dzieje się w Polsce i na świecie. Nie zawsze ważne. Nie zawsze ważkie. I nie zawsze politycznie poprawne.
RSS
piątek, 08 października 2010

Parlament Europejski jest sfrustrowany, że ludzie wciąż ledwo co zauważają jego istnienie. I gotów jest zrobić wiele, by ta frustracja przełożyła się na konkretne działania zmieniające ten stan rzeczy. Paradoksalnie im bardziej rośnie jego znaczenie w układzie sił unijnych instytucji, tym bardziej ludzie – i media – go ignorują. Z wyborów na wybory do europarlamentu spada frekwencja. Ludzie nie interesują się tym, co się dzieje w szklanych biurowcach PE, więc dziennikarze o tym nie piszą s ponieważ nie piszą, to opinia publiczna nic o tym nie wie.

Wśród posłów zaczął nawet krążyć pomysł, by z pieniędzy PE (a tych jak wiadomo instytucja ta ma sporo) finansować elitarny korpus dziennikarski, złożony z brukselskich korespondentów pierwszej Ligii. Ta opłacana z unijnej kasy elita informowałby o tym, co się dzieje w PE. Idea urodziła się zresztą w głowie pewnego byłego, duńskiego dziennikarza telewizyjnego, który został właśnie europosłem. Na pomysł szczęście nie przeszedł, między innymi dlatego, że oprotestowało go brukselskie stowarzyszenie dziennikarzy zagranicznych.

Problem pisanie o Unii pozostał. Ma on wiele wymiarów. Unia jest tworem skomplikowanym i mało sexy. Unijni politycy (w odróżnieniu od szefów rządów narodowych i ministrów znanych z pierwszych stron narodowych gazet) znaczą wciąż niewiele. Jedyne co się przebije to awantury i skandale, często zresztą wywoływane przez posłów-skandalistów by zwrócić na siebie uwagę.

Żmudna praca codzienna nie sprzedaje się w mediach. Good news is no news jak to się mówi w krajach anglosaskich. O Europie pisze się więc albo źle, albo prawie w ogóle.

Nie da się tego zmienić dekretując z góry, przyjmując rezolucję w PE, albo fundując  elitarny korpus prasowy. A jednak dziennikarze, mający za sobą brukselskie doświadczenie to europejska elita, często jednak nie doceniana u siebie w kraju. Z powodu kryzysu coraz mniej europejskich mediów stać na utrzymywanie tej elity. Dziennikarstwu europejskiemu  grozi zapaść.

Jedynym rozwiązaniem jest potraktowanie swej pracy jako swoistej misji społecznej. Staram się to robić. Ilekroć piszę większy tekst o Unii, zawsze mam w głowie, że m.in. ode mnie zależy, na ile czytelnicy uświadomią sobie znaczenie Unii Europejskiej, z której osiągnięć korzystają bezwiednie codziennie, nawet nie zastanawiając się, że nie podróże bez kontroli paszportowych albo rekompensaty za overbooking to rzeczy oczywiste.

 

 

16:11, jacuscipowiem
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 października 2010

Po 113 dniach negocjacji od przyspieszonych wyborów parlamentarnych Belgia kolejny raz znalazła się w impasie, gdy flamandzcy nacjonaliści zerwali w poniedziałek rozmowy w sprawie sformowania rządu. Czy to już faza terminalna kraju? - pytają komentatorzy. Tyle nieoceniona Inga Czerny, brukselska korespondentka PAP. A teraz ja. Belgia, jak wiadomo, jest państwem federalnym, składającym się w zasadzie z trzech części (Flandria, Walonia i Bruksela) i dwóch grup narodowych i językowych Flamanów i Walonów, których drogi od kilkudziesięciu lat coraz bardziej się rozchodzą. Do tego dochodzi jeszcze język niemiecki, ale nie ma co komplikować spraw.

Ostatnio rozchodzenie się Flamandów i Walonów staje się to coraz bardziej natrętne. W przeciągu kilku minionych lat powstało wiele artykułów o rozpadającej się Belgii a mimo to Belgia nie rozpadła się ani też nie rozpadnie się. Ostatni kryzys polityczny pokazuje, że radzi sobie bez rządu i to przewodząc Unii Europejskiej. Być może Belgii w ogóle nie jest potrzebny rząd federalny? Może wystarczy administracja trzymająca wszystko do kupy i rządy regionalne? W końcu szara eminencja Unii - Herman van Rompuy - jest Belgiem (Flamandem) - i jako Belg nie pozwoli on, by jego ojczyźnie stała się krzywda.

Małe, dobrze zorganizowane państwa całkiem nieźle radzą sobie w sytuacji powyborczej próżni. Pokazuje to przykład sąsiedniej Holandii, gdzie też wciąż nie ma rządu (od czerwca) a mimo to gospodarka kwitnie a ludzie nie narzekają.

Belgia nie znajduje się więc w fazie terminalnej. Porównanie z eutanazją (skądinąd w Belgii dopuszczalną) jest nieuzasadnione. Belgijski kryzys to nowa forma istnienia. Kryzys permanentny i niezauważalny.

Miss Belgii, jak widać, trzyma się nieźle. Wyglada na Flamandkę.

 

10:25, jacuscipowiem
Link Komentarze (1) »

Konrad Niklewicz, redakcyjny kolega,zapalony bloger i były korespondent GW w Brukseli słusznie zauważył, że sprawy bezpieczeństwa, prawo karne, dzialania policyjne - nie są kompetencją Unii Europejskiej. W związku z tym - przynajmniej w teorii - Unia nie może zająć się dopalaczami. Wiem o tym, mimo to utrzymuję w mocy swój poprzedni wpis, że w sprawie dopalaczy potrzebna jest unijna akcja. Zbyt często UE i jej instytucje dławione są przez gorset traktatów, zwłaszcza w dziedzinach, gdzie potrzeba wspólnego działania. To, co kiedyś było siłą Unii, staje się jej słabością - działa zbyt powolnie, unijne instytucje umywają ręce tak, gdzie obywatele oczekujką od nich reakcji. Zglobalizowany świat nie będzie czekał na Europę. Kompetencje Unii należy rozszerzać na zasadzie konsensusu także tak, gdzie do tej pory państwa narodowe zazdrośnie strzegły swych wpływów. Albo robimy coś na serio, z serca i odważnie, albo czeka nas powolna degrengolada. Dziś robienie czegoś na pół gwizdka nie ma sensu.

 

09:57, jacuscipowiem
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 października 2010

Rząd Tuska idzie na wojnę z dopalaczami. Kolejny temat zastępczy w obliczu emancypacji Palikota? Poniekąd, choć paskudztwa te są zaiste groźne. Swoje wojny z dopalaczami miały też inne, europejskie rządy, w tym irlandzki i brytyjski. Za każdym razem handlarze wyprzedzali ministrów o kilka długości - zanim ci zakazali jakiejś substancji, już pojawiała się jej pokrewna.

Zastanawia mnie dlaczego do tej ważnej skądinąd dla obywateli całej Unii walki nie włączyły się unijne instytucje? Dlaczego nie może powstać europejska strategia walki z miau miau i proszkiem radosci? Czy w rzeczywistości bez granic nie można prowadzić polityki bez granic w sprawch, które dotyczą tak samo nas wszystkich?

17:56, jacuscipowiem
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 października 2010

Władze USA wydały ostrzeżenie dla swych obywateli podróżujących do Europy a w szczególności Niemiec i Francji, aby zachowali szczególną ostrożność, gdyż Europie grozi zamach terrorystyczny. Oczywiście lepiej dmuchać na zimne niż być zaskoczonym, ale zastanawiam się jakie przesłanki kryją się za tym ostrzeżeniem? Czy wywiad USA wie coś, czego nie wiemy w Europie? Czy chodzi o zamachy, które przygotowywała Al-Kaida w Pakistanie przy granicy z Afganistanem i do których jak na razie nie doszło, bo terroryści przygotowujący je zostali zabici przez bezzałogowe samoloty?

W Polsce pogrążonej wojną Tuska z dopalaczami  i kolejna odsłona „wojny smoleńskiej” terroryzm wydaje się orientalnym zagrożeniem. Ciekawe jak przygotowany jest nasz kraj na taką ewentualność? Obyśmy nie musieli sprawdzać.

21:17, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
wyborcza.pl
Jacek Pawlicki

Jacek Pawlicki, rocznik 1966. Absolwent Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. W „Gazecie Wyborczej” od października 1991 - najpierw w „Gazecie Stołecznej” potem w „Wyborczej” - dziale gospodarczym i zagranicznym. W latach 1998-2002 korespondent „GW” w Brukseli. Obecnie redaktor, dziennikarz i komentator. Pisze zawodowo i dla przyjemności. Fotografuje świat dla przyjemności i z pasją. Żona, Aleksandra (dziennikarka „Przekroju”), dwóch synów Filip i Jakub. Pies, Smok - labrador biszkopt.

↑ top | © Agora SA | design by kate_mac
Zdjęcia Jacka Pawlickiego