Znajdziecie tu historie ciekawe i dziwne, przemyślenia na temat tego, co dzieje się w Polsce i na świecie. Nie zawsze ważne. Nie zawsze ważkie. I nie zawsze politycznie poprawne.
RSS
sobota, 27 marca 2010

A więc wracamy do punktu wyjścia. Po przegranych prawyborach w PO Sikorski jest znowu byłym kandydatem na kandydata (już raz kandydował NIEOFICJALNIE na sekretarza generalnego NATO) i szefem MSZ. Dla polskiej dyplomacji to lepiej, szczególnie w sytuacji kiedy minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz może wyjechać do Brukseli, by zająć jakiś stołek przy pani Ashton w Brukseli.

Problem w tym, że MSZ traktowany jest wciąż w Polsce jako trampolina dla dalszej kariery. Tymczasem dyplomacja powinna być polską siłą w Unii a MSZ kuźnią strategii. Przed Polską przewodnictwo w UE, negocjacje budżetu unijnego i batalia o kształt Unii. Sikorski powinien jak najszybciej udowodnić, że nie jest wielbłądem czyli, że naprawdę zależy mu na dyplomacji po tym chwilowym flircie z wielką polityką. Wiecej serca do polityki zagranicznej, ministrze! W Brukseli też można walczyć o lepszą Polskę.

17:19, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 marca 2010

Elzynor czyli duńskie Helsingør, miasto Hamleta, będzie miało swój symbol - figurkę syrenki, a właściwie syrenka, bo ma to być to facet z ogonem ryby. Syrenek pomyślany jest jako artystyczna prowokacja i kulturowa odpowiedź na kobiecą syrenkę - symbol Kopenhagi. W Skandynawii, gdzie feminizm wysysa się z krwią matki niezależnie od płci, syrenek nikogo nie dziwi. Mnie zresztą też, choć od syrenków zdecydowanie wolę syrenki.

W Elzynor rozpętała się debata między firmą deweloperską, która zajmuje się zagospodarowaniem terenu portu a władzami miasta o to, gdzie postawić syrenka. Miasto chce, by figurka stała jak najbliżej portu, co niezbyt podoba się firmie deweloperskiej. Poza tym wszyscy są za a twórcy syrenka nie widzą problemu z lokalizacją.

Ciekawe jak wyglądałaby debata w Polsce, gdyby np. Kraków postawił na Rynku Głównym faceta-syrenka? Warszawa zażądałaby chyba natychmiastowego sprawdzenia płci smoka wawelskiego? Może to smoczyca?

Ale tak na poważnie, jestem za równouprawnieniem symboli. W Brukseli, której symbolem jest Manneken Pis (czyli tzw. siusiający chłopczyk) jest też figurka Jeanneke Pis czyli siusiającej dziewczynki. Choć nie ma takiej historii, również przyciąga turystów.

Jeanneke Pis

20:56, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 marca 2010

Jedno na dziesięcioro brytyjskich dzieci uważa, że telefon wynalazła królowa Elżbiata II. Tak wynika z sondażu, przeprowadzonego właśnie wśród tysiąca pociech ze szkół podstawowych i ponadpodstawowych z okazji tygodnia nauki. Jedna trzecia z badanych jest przekonana, że ogień wynalazł Izaak Newton, Sir Izaak nota bene. Jedna na dziesięcioro pociech myśli zaś, że pierwszym człowiekim na księżycu był Buzz Lightyear, jeden z bohaterów filmu "Toy Story".

Głupota? Nie. Niedouczenie? Zapewne, ale nie tylko. Dzieci mają swój własny mityczny świat i hierarchię wartości. Królowa powinna być zadowolona, że na rok przed złotym jubileuszem dzieci mają o niej tak wielkie wyobrażenie. Gdyby polskie dzieci zapytać, kto wynalzał telefon, zapewne nie wskazałyby ani na Lecha Kaczyńskiego, ani nawet na Wałęsę. W przypadku ognia poszłoby lepiej. Oczywiście, że ogień wynalazł Jan Paweł II.

 

21:37, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »

Czy minister Sikorski przestanie być ministrem jeśli przegra rywalizację o to, by być kandydatem PO na prezydenta? Nie sądzę. Choć ewentualna  porażka może mu utrudnić nieco urzędowanie, to zostanie na stanowisku i da sobie radę. W kampanii zraził do siebie część działaczy PO, ale premier Tusk ma do niego słabosć. Z tego, że jest outsiderem uczynił kapitał. Może występować jako ktoś z poza partyjnego układu. Polaków mierzi świat partyjnych układów. I to, że kiedyś był w rządzie PiS może przeszkadzać ludziom z PO, ale nie zwykłemu Kowalskiemu dla którego liczy się wizerunek.

Sikorski ma wciąż dobre notowania w sondażach, postrzegany jest jako dobry produkt eksportowy, którego nie trzeba się wstydzić. Na piątkowej konferencji w sprawie przyszłej doktryny stratgicznej NATO miał dobre wystąpienie i zdecydowanie najlepszy angielski (o niebo lepszy od Rasmussena, szefa NATO). Kiedy go obserwowałem, przyszło mi na myśl, że oto na sali obrad siedzi nie tylko Sikorski minister spraw zagranicznych, ale i niedoszły sekretarz generalny NATO (przegrał rywalizację z Rasmussenem) i być może przyszły prezydent.

Niezależnie od tego, czy zostanie kandydatem, odniósł tak spory sukces. Pamiętam Sikorskiego jako młodego dandysowatego wiceszefa MSZ z czasów Buzka. Do męża stanu jeszcze mu daleko, ale ma determinację.

21:20, jacuscipowiem
Link Komentarze (1) »
środa, 10 marca 2010

Niemiec i bohater walki z Niemcami, rzekomy pierwowzór Bonda, kawalerzysta SS, mason. Do długiej listy wcieleń ojca królowej Holandii doszło jeszcze jedno - okazało się właśnie, że był w NSDAP

W Holandii nie ma drugiej takiej znanej osoby, która wzbudzałaby tyle kontrowersji, a mimo to cieszyła się wciąż sympatią Holendrów jak zmarły sześć lat temu książę Bernhard. Choć wydawało się, że o ojcu królowej Beatrix opowiedziano już wszystko wciąż na światło dzienne wychodzą nowe fakty. Ostatnio o Bernhardzie zrobiło się głośno za sprawą wydanej w lutym biografii księcia pióra Annejet van der Zijl „Bernhard - ukryta historia”. Jej autorka, dziennikarka i pisarka dotarła do dokumentów potwierdzających, że będący Niemcem z pochodzenia książę w studenckich czasach na krótko zapisał się do nazistowskiej partii NSDAP.

Okładka nowej książki o księciu

 

Jacek Pawlicki: W latach 30. XX wieku książę Bernhard wstąpił do elitarnego oddziału kawalerii SS. Ale członkostwa w NSDAP wypierał się, choć o tym mówiono. Czy ostatnie rewelacje to przełom?

Gerard Aalders, historyk, pracuje Holenderskiego Instytutu Dokumentacji Wojny (NIOD) w Amsterdamie, autor książek o księciu: - Annejet van der Zijl potwierdziła to co zrobiłem już 15 lat temu. Wówczas to w archiwum w Waszyngtonie znalazłem legitymację partyjną księcia. Karta studencka znaleziona przez van der Zijl to kolejny dowód na jego nazistowską przeszłość. Sam książę temu zaprzeczał, nawet w swym wydanym już po śmierci w 2004 roku ostatnim wywiadzie-spowiedzi. Z ręką na Biblii przysięgał, że nie był w NSDAP...

...kłamał?

- Nie tylko w tej sprawie. W latach 90. opublikowałem wiele dokumentów, które potwierdzały jego przynależność do NSDAP. Pod koniec życia w czystość księcia wierzyli już tylko bardzo lojalni wobec niego ludzie z dworu królewskiego. Mimo to jestem wdzięczny Annejet van der Zijl za kolejny głos prawdy w sprawie księcia.

Czy nazistowska przeszłość popularnego w końcu członka rodziny królewskiej szokuje Holendrów, czy też pozostają wobec tego faktu obojętni?

- Książę Bernhard był zawsze gorącym tematem dzięki bujnemu życiorysowi i otaczającej go atmosferze licznych skandali. Ale większość jego oficjalnego życiorysu to jedno wielkie kłamstwo. I to właśnie pokazuje ta najnowsza biografia. Sam rok temu opublikowałem książkę pod tytułem „Książę powinien przestać mówić brednie”, która również traktowała o książęcych kłamstwach. Nie udaję, że jestem w tej sprawie osobą neutralną. Ale powstało tak wiele nonsensownych historii na temat księcia, że postanowiłem się z nimi rozprawić. Oczywiście bazując na faktach i dokumentach.

Czy mimo kłamstwa o NSDAP książę jest wciąż popularną postacią?

- Tak. Kilka miesięcy temu w telewizji przedstawiano przychylną mu serię programów, więc jego popularność nieco nawet wzrosła. Ale większość Holendrów zdaje sobie sprawę z tego, że książę był zupełnie innym człowiekiem niż postać, którą kreował.

Czy fakt, że ojciec królowej był kłamcą szkodzi obecnej królowej Beatrix?

-  Wokół rodziny królewskiej było tak wiele innych skandali, że jej popularność trochę spadła.  Ale wystarczy, że urodzi się nowy książę czy księżniczka i znów wzrasta. To nie jest kwestia, którą można ogarnąć rozumem. Ludzie kierują się uczuciami, więc uśmiechnięte książęce twarze robią cuda.

Czyli uśmiech pięknej księżniczki Maximy, żony następcy tronu, jest dla Holendrów ważniejszy niż ponura przeszłość ojca królowej?

- To smutne, ale tak właśnie jest.

W czasie II wojny światowej książę był bohaterem walki z Niemcami, nieprawdaż?

- Rzecz w tym, że nie był. Opowiadał, że w czasie niemieckiej inwazji zestrzelił niemiecki samolot, ale to nie jest prawda. Szybko uciekł z kraju. Okupację spędził w Londynie chodząc z jednego przyjęcia na drugie. Brytyjski Król Jerzy VI powiedział o księciu, że był jedynym człowiekiem, który dobrze się bawił na wojnie. Dużo drinków, liczne kobiety...

Podobno latał na Spitfire’ach?

- Ale nie tak często jak opisywał. I tylko nad Anglią. W dodatku rozbił kilka angielskich maszyn. Może i chciał walczyć w powietrzu, ale Anglicy nie pozwalali mu brać udziału w misjach bojowych. Gdyby bowiem został zestrzelony i wpadł w ręce wroga, Niemcy mieliby idealnego zakładnika. Książę chciał być głównodowodzącym wojsk holenderskich na Zachodzie. Żołnierzy nie było wprawdzie wiele, bo holenderska armia została rozbita po niemieckiej inwazji w maju 1940 roku, ale książę miał ambicje. Generał Eisenhower powiedział mu: Słuchaj, mogą cię nazywać generałem, ale to ja dowodzę. Holandię wyzwolili Brytyjczycy i Kanadyjczycy. Udział wojsk holenderskich w całym biznesie to może jeden procent. Ale po powrocie do kraju książę ogłosił, że jest wyzwolicielem Holandii. Po pięciu latach niemieckiej okupacji ludzie byli spragnieni wolności, więc jak zobaczyli holenderskie oddziały, na których  czele stał książę Berhard, to uwierzyli w to, co mówił. Był figurantem, robił dobre wrażenie.

Świetnie mu się to udawało...

- Był w tym geniuszem. Nie był tak naprawdę ani wyzwolicielem Holandii, ani głównodowodzącym, ale ludzie w to uwierzyli, bo chcieli mieć holenderskiego bohatera.

Nikomu nie udało się skorygować tego przesłodzonego obrazu?

- Pracuję nad tym od 1993 roku i nie odniosłem zbyt wielu sukcesów. Nie jestem monarchistą, tylko republikaninem. I może dlatego mimo wielkiej rzetelności mojej pracy ludzie patrzą na to co robię podejrzliwie. A może po prostu nie chcą całej prawdy o księciu...

Czy ostatnia biografia może być przysłowiowym gwoździem do trumny, w którym pośmiertnie spocznie mit księcia?

- Tak może być. Niestety jej autorka Annejet van der Zijl chce dołączyć do książki aneks, w którym napisze, iż książę zrobił to, co zrobił, ale nie możemy go za to winić. Uważam, że możemy a nawet powinniśmy. Kłamał, był skorumpowany [ wziął milion dolarów łapówki od Lockheeda za ułatwienie zakupów maszyn tego koncernu dla holenderskiego lotnictwa - red], kręcił, miał romanse.

A czy Ian Fleming wzorował swego Bonda na postaci księcia tak jak można usłyszeć w Holandii?

- Nieprawda. Flemnig go znał, ale nie inspirował się nim. To część mitu o Bernhardzie, którego sam zainteresowany nigdy nie korygował.

Czy holenderski dwór przeprosi za postępki Bernharda, za jego nazistowską przeszłość w latach 30?

- To wykluczone. Dwór będzie milczał tak jak było do tej pory. Poczekają, aż sprawa ucichnie a potem apologeci księcia znów powielą historie o jego bohaterstwie. Osobiście uważam, że jego ciało powinno być usunięte z królewskiej krypty w Delft. Trzeba by też zmienić nazwy poświęconych mu ulic. W miastach w całym kraju jest wiele ulic nazwanych imieniem kogoś, kto bardzo długo oszukiwał naród. To smutne.

 

10:54, jacuscipowiem
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lutego 2010

 

Brytyjski premier przeprosił dziś za piekło, jakie państwo nieświadomie zgotowało 150 tys. dzieci wysłanych w latach 1920-60 do byłych kolonii.

- Zawiedliśmy was. Przepraszamy za to, że nie zawsze słuchano waszych wołań o pomoc - mówił Gordon Brown podczas ceremonii w Londynie z udziałem 40 osób, które przeszły przez piekło sierocińców. Brytyjski premier, który za przesiedlenia dzieci przeprosił cztery miesiące po przeprosinach premiera Australii Kevina Ruuda, obiecał też powołanie specjalnego funduszu na rzecz łączenia rodzin ofiar przesiedleń.

Chodzi o rządowy program dziecięcej emigracji, który zakończył się 40 lat temu. Sierotom i dzieciom z biednych, patologicznych czy rozbitych rodzin na Wyspach w wieku od 7 do 14 lat obiecywano świetlaną przyszłość za oceanem - w Kanadzie, Australii czy Nowej Zelandii. Te, które nie chciały jechać, były okłamywane, że ich rodzice zmarli. Ojcowie i matki mieli z kolei solenne zapewnienia rządowych organizacji, że ich pociechy są w dobrych rękach.

Ale dzieci często trafiały do kościelnych sierocińców i państwowych domów dziecka, gdzie były zmuszane do niewolniczej pracy na roli i nierzadko molestowane. I tak np. John Hennessy, obecnie burmistrz leżącego na przedmieściach Sydney Campbelltown, przypłynął do Perth w 1947 r. Do dziś w uszach dźwięczy mu powitanie arcybiskupa miasta: - „Witajcie w Australii, potrzebujemy was jako dobrej białej siły roboczej”.

Hennessy trafił do otoczonego wyschniętym buszem Fremantle w Australii Zachodniej - do instytucji zwanej Bindoon prowadzonej przez irlandzką Kongregację Braci w Chrystusie. Prowadził ją chory z ambicji zakonnik, który chciał stworzyć najlepszy katolicki sierociniec na ziemi. Zmuszał więc dzieci do pracy od świtu do zmierzchu. Niepokorni byli rozbierani do naga, molestowanie seksualne było na porządku dziennym, zdarzały się gwałty.

W program przesiedleń dzieci - oprócz rządu brytyjskiego i władz państw Wspólnoty Brytyjskiej (dziś Wspólnoty Narodów) - zaangażowane były Kościoły anglikański i katolicki oraz organizacje charytatywne. Wielka Brytania była jedynym bodaj krajem na świecie, który przez kilka wieków wysyłał dzieci swych obywateli do kolonii w ramach zorganizowanych akcji. Pierwszy transport miał miejsce w 1618 r., kiedy to setka dzieci została wysłana do Virginii w Ameryce Północnej. Ostatnie wysyłki miały miejsce w latach 60. XX w.

Brytyjskie dzieci jadą za ocean

 

16:29, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2010

Pieniądze ze sprzedaży najnowszych fotografii przedstawiających „wyluzowanego” księcia Williama wspomogą organizację charytatywną działającą na rzecz bezdomnych.

27-letni William, drugi w kolejce do brytyjskiego, zgodził się na niezwykłą - dobroczynną -  sesję fotograficzną. Zaaranżowała ją brytyjska organizacja charytatywna Crisis, która pomaga w starcie życiowym bezdomnym. Informacja o tym trafiła do czołowych brytyjskich mediów. To dowód na to, że William, którego popularność na Wyspach rośnie a plotki o tym, że zajmie tron wcześniej niż ociec (książę Karol) nie ustają, jest wciąż na topie.

Jak pisze „Daily Telegraph” sesja odbyła się w znanym m.in. ze portretowania świata polityków i mody londyńskim studio fotograficznym Rankin. Williama sportretował człowiek, który fotografii uczył w ramach „resocjalizacji” na kursie zorganizowanym przez Crisis - 53-letni Jeff Hubbard. Brytyjskie tabloidy szybko okrzyknęły tego byłego bezdomnego i narkomana, pierwszym portrecistą księcia pochodzącym z ludu.

- Tak bardzo martwiłem się ogromem wyzwania jaki stanął przede mną, że przed naszym spotkaniem nie spałem całą noc Kiedy przyszedł książę William, zauważyłem, że był także trochę nerwowy - opowiada Hubbard. Według niego William bardzo szybko oswoił się z aparatem i zachowywał się bardzo naturalnie, gawędząc i wymieniając uwagi. - To bardzo miły facet, niewiarygodnie naturalny - opowiada Hubbard.

Zdjęcia z sesji kupił znany z publikacji zdjęć gwiazd show biznesu i celebrytów magazyn „Hello”. Książe zadziwiająco podobny do swej matki Księżnej Diany spogląda zawadiacko z okładki ostatniego numeru, ubrany w jeansy i czarną koszulkę polo.

Podczas sesji u Rankina książę zamienił się na moment rolami z fotografem i zrobił mu zdjęcie portretowe. Obie fotografie - księcia zrobionego przez b. bezrobotnego i b. bezrobotnego zrobione przez księcia - zostaną pokazane w marcu jako dyptyk na wystawie w Londynie. Potem zostaną wystawione w domu aukcyjnym Christie’s a pieniądze z ich sprzedaży zasilą konto organizacji Crisis.

 

18:14, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010

Prezydent Indonezji broni się przed zarzutami o korupcję, nagrywając... płytę z muzyką pop.

„Chociaż jest trudno, muszę przez to przejść/ Wybrałem ścieżkę, w którą wierzę/ Nie forsuję rzeczy niemożliwych/ Moje życie musi być uczciwe i prawe" - śpiewa 61-letni prezydent Indonezji Susilo Bambang Yudhoyono w tytułowym utworze albumu „Jestem pewien, że tam dotrę”.

Płyta z dziewięcioma piosenkami skomponowanymi i zaśpiewanymi przez prezydenta ukazała się w Indonezji w niedzielę. Została nagrana z udziałem najlepszych indonezyjskich muzyków popowych i zaaranżowana z użyciem instrumentów z niemal wszystkich najważniejszych wysp archipelagu.

W tekście na okładce albumu prezydent wyjaśnia, że „w służbie krajowi, często w swym czasie wolnym od pracy wyraża swoje uczucia w formie sztuki”. „Te piosenki zostały zainspirowane przekonaniem, że przeznaczenie narodu mogą zmienić tylko jego dzieci” - dodaje prezydent.

Śpiewający przywódca jest czterogwiazdkowym generałem i od 2004 r. nieprzerwanie rządzi największym krajem muzułmańskim na świecie. To niełatwa do rządzenia ziemia - Indonezja to 18 108 wysp, z czego zamieszkanych jest ok. 6 tys. To także beczka prochu, pod którą tlą się liczne separatyzmy, penetrowana bezlitośnie przez islamskich terrorystów i radykałów. To także jedno z najbardziej skorumpowanych państw na świecie, raz po raz dotykane kataklizmami w rodzaju tsunami, które kosztowało życie 130 tys. ludzi.

Latem 2009 r. generał wygrał reelekcję, pokonując w wyborach byłą prezydent Megawati Sukarnoputri, z którą sześć lat temu zerwał, rezygnując z teki ministra bezpieczeństwa w jej rządzie. Kilka lat wcześniej stracił posadę ministra bezpieczeństwa u innego prezydenta - Abdurrahmana Wahida.

Wielu jego rodaków uważa go za człowieka żelaznych zasad. Na początku 2009 r. na Jawie, Papui i Celebesie spotkałem wielu szczerze oddanych mu rodaków. Mojemu przewodnikowi Busyro (imię zmienione) nie przeszkadzało nawet to, że indonezyjskie służby bezpieczeństwa mogą podsłuchiwać rozmowy telefoniczne dosłownie wszystkich obywateli. - Demokracja i wolność jest dla was, bogatych. My, biedni, chcemy spokoju i jedzenia. Więcej nam nie trzeba, bo w odróżnieniu od was umiemy się cieszyć każdą chwilą - tłumaczył mi Busyro.

Za prezydentury Bambanga rząd rzeczywiście wynegocjował pokój z muzułmańskimi radykałami i separatystami z Acehu, którzy przez 30 lat próbowali oderwać tę prowincję od reszty Sumatry. Prezydent przeszedł ciężką próbę, jaką było tsunami w grudniu 2004 r., a także epidemie polio i ptasiej grypy.

Za rządów prezydenta-generała Indonezja po raz pierwszy od 20 lat osiągnęła także samowystarczalność w produkcji ryżu. Bambang podniósł płace urzędnikom i zwiększył pomoc dla najbiedniejszych. Wspierał też prace rządowej komisji ds. walki z korupcją, choć ostatnio zaszkodził mu skandal z aresztowaniem szefa tej komisji oskarżonego o zabójstwo bardzo znanego biznesmena.

Wielki cień na generała rzucił dopiero skandal korupcyjny z końca 2008 r. Rząd wpompował wtedy 716 mln dol. w pomoc dla upadającego na fali kryzysu finansowego indonezyjskiego Banku Century. Opozycja twierdzi, że część tych pieniędzy wsparła kampanię wyborczą prezydenta. Ten stanowczo temu zaprzecza.

To z powodu tego skandalu notowania prezydenta ostatnio spadły aż o 15 proc. - ale i tak utrzymują się na bardzo wysokim poziomie 75 proc.

14:46, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 stycznia 2010

W Finlandii specjalna komisja zastanawia się czy nie obniżyć wieku uprawnionych do głosowania w wyborach lokalnych do 16 lat. Jak dotąd na przyznanie prawa do wybierania władz lokalnych młodzieży od 16 roku życia zdecydowała się w Europie tylko Austria. W Norwegii rząd się zastanawia nad podobnym posunięciem.

Uważam, że to dobre rozwiązanie. Młodzież dojrzewa dziś szybciej, dostępność informacji i tempo życia sprawiają, że wielu 16 latków jest już na tyle dorosłych, by podejmować ważne decyzje. Zresztą skoro w Polsce odpowiedzialność karna za czyny niezgodnie z prawem zaczyna się od 13 roku życia, to dlaczego z prawem do głosowania trzeba czekać do 18 roku życia?

08:46, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 stycznia 2010

W Lemmer na północy Holandii zdrowy rozsądek zwyciężył nad niezdrowym McDonaldsem. Tamtejszy sąd uznał, że kierownictwo jednego z oddziałów fastfoodowej sieci z Lemmer zbyt surowo potraktowalo pracownicę, która dołożyła koleżance plasterek sera do hamburgera. Regulamin McDonaldsa zakazuje obdarowywania rodziny i znajomych jedzeniem z restauracji. A dodatkowy plasterek został potraktowany jako wykorczenie. Z hamburgera zrobił się bowiem cheeseburger.

Sąd orzekł, że zwolnienie za jeden plasterek sera to kara niewspółmierna do czynu. Zasądził 4,5 tys. euro na korzyść pracownicy. W ramach rekompensaty dostanie on jeszcze płatny urlop. No i będzie mogła wrócić do pracy. Nie wiadomo tylko, czy będzie chciała.

Absurdalnie surowe przepisy koncernów i sieci wielkich supermarketów strasznie mnie irytują. Zarabiające miliardy firmy potrafią wyrzucić z pracy za drobnostkę - plasterek sera czy nierozliczenie kilkudziesięciu eurocentów za zastaw za butelkę.

 

19:12, jacuscipowiem
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39
wyborcza.pl
Jacek Pawlicki

Jacek Pawlicki, rocznik 1966. Absolwent Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. W „Gazecie Wyborczej” od października 1991 - najpierw w „Gazecie Stołecznej” potem w „Wyborczej” - dziale gospodarczym i zagranicznym. W latach 1998-2002 korespondent „GW” w Brukseli. Obecnie redaktor, dziennikarz i komentator. Pisze zawodowo i dla przyjemności. Fotografuje świat dla przyjemności i z pasją. Żona, Aleksandra (dziennikarka „Przekroju”), dwóch synów Filip i Jakub. Pies, Smok - labrador biszkopt.

↑ top | © Agora SA | design by kate_mac
Zdjęcia Jacka Pawlickiego