Znajdziecie tu historie ciekawe i dziwne, przemyślenia na temat tego, co dzieje się w Polsce i na świecie. Nie zawsze ważne. Nie zawsze ważkie. I nie zawsze politycznie poprawne.
RSS
wtorek, 26 stycznia 2010

Po długiej nieobecności (urlop) wracam do blogosfery. I od razu dobrze nastawiony. Bo trochę optymizmu powiało w sieci. Rano przeczytałem, że za trzy lata będzie gotowy lek na malarię. Super, pozostaje jeszcze problem jak podejdą do niego koncerny farmaceutyczne, bo jak wiadomo na chorbach biednych milionów nie zarabia się. Lepiej sprzedawać prozac i viagrę.  Potem, co mniej optymistyczne, dowiedziałem się, że pod kuratela birmańskich generałów odżyła produkcja opium w słynącym kiedyś z upraw opiumowego maku "złotym trójkącie" na granicy Tajlandii, Laosu i Birmy. Niedawno tam byłem i oglądałem resztki opiumowej świętności w postaci muzeum i kolakcji fajek i fikuśnych podgłówków. W sumie było to żałosne. Szkoda, że na opium miliony zbija junta, która do niedawna jeszcze pod naciskiem Pekinu z opium walczyła.

 

17:25, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 grudnia 2009

Angielski pastor poradził biednym, by jeśli nie mają innego wyjścia szli kraść do supermarketów, bo to jest mniejsze zło niż napady czy prostytuowanie się. - Kradzież to przestępstwo - oburza się policja

Wygłoszone w minioną niedzielę kazanie ojca Tima Jonesa z parafii Św. Wawrzyńca i Hildy w Yorku w Anglii było wielkim skarżeniem zbyt biurokratycznego - zdaniem pastora - systemu opieki społecznej w Wielkiej Brytanii. Wielebny przyznał, że dla wielu osób na Wyspach znajdujących się „na samym dole drabiny społecznej” uczciwe życie pozostaje czymś naprawdę nieosiągalnym.

Pastor Tim Jones

 

Wychodząc od historii biednej i opuszczonej Świętej Rodziny, 41-letni pastor przeszedł płynnie do współczesności. Przedstawił dylematy byłego więźnia, zwolnionego z aresztu z 50 funtami w kieszeni i absolutnym brakiem perspektyw na jakąkolwiek pomoc. Opowiedziawszy wiernym jak szybko wyczerpują się wszystkie opcje owego człowieka (nie ma szans na szybki zasiłek, żadnej pomocy od kuratora sądowego, zero szans na pracę, może co najwyżej żebrać) zapytał retorycznie wiernych co by poradzili desperatom odrzuconym przez system jak ów ex-więzień?

- Moja rada jako chrześcijańskiego kapłana jest następująca: Idźcie kraść w sklepie. Nie mówię tak dlatego, bo uważam, że kradzież jest czymś dobrym, albo myślę, że jest nieszkodliwa - mówił.

Pastor tłumaczył, że mówi to z ciężkim sercem, bo wie, iż siódme przykazanie brzmi „Nie kradnij!”. Przyznał jednak, że boża miłość do biednych i opuszczonych przeważa nad prawami własności bogatych.

Poprosił jednak by kraść tylko tyle, ile potrzeba do przetrwania i tak długo jak to jest absolutnie konieczne. No i nie w małych, rodzinnych sklepach, ale wielkich ogólnonarodowych biznesach, wiedząc, że koszty tego poniosą wszyscy konsumenci w postaci wyższych cen.

- Radziłbym ludziom w podobnych tarapatach, by nie nikogo nie krzywdzili - mówił Jones. I zaapelował do wiernych by wystrzegali się pokusy rabowania ludzi czy domów, prostytuowania się dla pieniędzy czy też samobójstwa.

Przesłanie lewicowego pastora szybko rozniosło się po całej Anglii. O kazaniu poinformowały zarówno dzienniki lokalne z Yorku jak i tabloidy i poważne tytuły jak np. „The Times”. Najszybciej  zareagowała policja. - Kradzieże w sklepie są przede wszystkim przestępstwem i usprawiedliwianie takiego zachowania niezależnie od okoliczności jest wielce nieodpowiedzialne - skomentował to rzecznik policji w hrabstwie Oxfordshire.

Oburzenia nie kryło też British Retail Consortium, stowarzyszenie zrzeszające 90 proc. brytyjskiego handlu detalicznego. -  Pastor nie dostrzega chyba tego, że zajmowanie się biednymi i opuszczonymi to zadanie systemu opieki społecznej. Kradzież jest złem. I okradanie większych sieci sklepów nie jest wcale mniejszym złem niż małych sklepików  - mówi Richard Dodd ze stowarzyszenia.

Zareagował też Kościół Anglikański. - Kościół Anglii nie doradza nikomu kradzieży w sklepie ani łamania prawa w jakikolwiek inny sposób - powiedziała przełożony pastora Jonesa, archidiakon Yorku Richard Seed.

 

11:41, jacuscipowiem
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009

Serbia złoży dziś wniosek o członkostwo w UE. Choć rozpatrywanie tej aplikacji może potrwać kilkanaście miesięcy, a same negocjacje - kilka lat - ostatni poza znajdującą się w rozsypce Bośnią i Hercegowiną kraj b. Jugosławii znalazł się na drodze do UE.

Szwedzi, którzy przewodzą Unii mają powody do radości i dumy. Szwedzkie przewodnictwo w UE zakończy się sporym sukcesem na froncie rozszerzenia. To pod rządami Sztokholmu Islandia weszła na formalną ścieżkę do UE. Szwedom (przy pomocy USA) udało się także załagodzić spór graniczny Chorwacji ze Słowenią, co odblokowało negocjacje tej pierwszej. Nieznaczny postęp nastąpił także w sprawie Turcji, negocjującej warunki swego członkostwo mimo niechęci przywódców i społeczeństw Niemiec i Francji, które nie chcą widzieć Ankary w UE.

- Kiedy rozpoczynaliśmy, było uczucie, że wszystko jest zablokowane, nie było postępu w negocjacjach. I celem szwedzkiego przewodnictwa było odblokować tę sytuację - mówił dziś w Brukseli szef szwedzkiego MSZ Carl Bildt.

Szwedom należy się pochwała. Zdolność Unii do rozszerzania się jest wyznacznikiem jej otwartości na świat a przez ostatnie dziesięciolecia jednym z największych problemów Zachodniej Europy było to, że zamykała się sama w sobie, żyjąc własnymi projektami i problemami.

Miss Serbii Teodora Marcić też pewnie cieszy się z tego, że jej kraj znajdzie się w UE.

Serbia złoży dziś wniosek o członkostwo w UE. Choć jego rozpatrywanie może potrwać kilkanaście miesięcy, a same negocjacje - kilka lat - ostatni poza znajdującą się w rozsypce Bośnią i Hercegowiną kraj b. Jugosławii znalazł się na drodze do UE.

Szwedzi, którzy przewodzą Unii mają powody do radości i dumy. Szwedzkie przewodnictwo w UE zakończy się sporym sukcesem na froncie rozszerzenia. To pod rządami Sztokholmu Islandia weszła na formalną ścieżkę do UE. Szwedom (przy pomocy USA) udało się także załagodzić spór graniczny Chorwacji ze Słowenią, co odblokowało negocjacje tej pierwszej. Nieznaczny postęp nastąpił także w sprawie Turcji, negocjującej warunki swego członkostwo mimo niechęci przywódców i społeczeństw Niemiec i Francji, które nie chcą widzieć Ankary w UE.

- Kiedy rozpoczynaliśmy, było uczucie, że wszystko jest zablokowane, nie było postępu w negocjacjach. I celem szwedzkiego przewodnictwa było odblokować tę sytuację - mówił dziś w Brukseli szef szwedzkiego MSZ Carl Bildt.

Szwedom należy się pochwała. Zdolność Unii do rozszerzania się jest wyznacznikiem jej otwartości na świat a przez ostatnie dziesięciolecia jednym z największych problemów Zachodniej Europy było to, że zamykała się sama w sobie, żyjąc własnymi projektami i problemami.

19:05, jacuscipowiem
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 grudnia 2009

O tym, że ktoś ukradł napis "Arbeit macht frei" z barmy Auschwitz dowiedziałem się dziś rano stojąc w korku. Nie mogłem w to uwierzyć. Pomyślałem, że to jaikiś ponury żart. Szybko przypomniałem sobie jednak kilka innych niewiarygodnych, ale prawdziwych wiadomości sprzed kilku dni. Wszystko to przyprawiło mnie o lekkie mdłości.

Cypr. Tydzień temu ktoś ukradł szczątki byłego prezydenta Tassosa Papadopulosa. Zresztą dzień przed rocznicą jego śmierci. Władze były kompletnie zaskoczone. Poprosiły o pomoc Interpol.

Tassos Papadopoulos

Włochy. W niedzielę premier i miliarder Silvio Berlusconi dostał w twarz od wariata. I to minaturką katedry mediolańskiej!

Wielka Brytania. Kilka dni temu dwóch dziesięciolatków stanęło przed sądem. Zostali oskarżeni o gwałt na ośmiolatce.

Właściwie tych faktów nie łączy nic prócz tego, że świadczą o jakiejś kompletnej aberracji. Stare łacińskie przysłowie mówi: "Tempora mutantur et nos mutamur in ilis" czyli  "Czasy się zmieniają a my wraz z nimi". Najnowsza wersja tego powiedzenia powinna brzmieć: "Świat głupieje i my głupiejemy z nim".

 

 

22:15, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 grudnia 2009

Jeden z najmniej znanych konfliktów zbrojnych na świecie - walka o oderwanie Zachodniej Papui od Indonezji - ma za sobą kolejny dramatyczny zwrot. Szansy na pokój nie widać

 

W środę w kopalnianym mieście Timika w Papui indonezyjska policja postrzeliła generała Kelly Kwalika, jednego z charyzmatycznych dowódców Ruchu Wolnej Papui. Rodacy Kwalika z ludu Amungme próbowali gołymi rękoma zatrzymać samolot, który zabrał jego zwłoki do szpitala w będącej stolicą prowincji Jayapurze.

Konwojujący zwłoki Kwalika generał Syafei Aksal nie ustąpił. Aby ogłosić wielki sukces w walce z papuaskim separatyzmem musiał mieć absolutną pewność, że zabiło się właściwego człowieka. Stąd pośpiech z przeprowadzeniem testów DNA. Jeszcze wczoraj ponad 300 Amungme demonstrowało na ulicach Timiki. Domagali się zwrócenia ciała, by pochować generała w jego rodzinnej, rudej ziemi Timiki.

Papuaski separatyzm - to brzmi groźnie. Ale chodzi o kilkadziesiąt tysięcy (niektóre źródła mówią o 60 tys.) bitnych, ale źle uzbrojonych i słabo wyszkolonych partyzantów z Organisasi Papua Merdeka bo tak po indonezyjsku nazywa się Ruch Wolnej Papui. Część z nich staje do walki z uzbrojonymi po zęby oddziałami z Sumatry czy Jawy w tradycyjnych strojach - czyli ozdobnych tykwach na prąciach (kotekach) i koronach z piór. Wielu przeciw broni maszynowej i moździerzom ma tylko dzidy i łuki ze strzałami na dzikie świnie i szczury. Wybrańcy noszą t-shirty i karabiny ukradzione w zasadzkach indonezyjskiej armii.

Władze indonezyjskie uznają Ruch Wolnej Papui za organizację terrorystyczną mordującą ludzi. Rzeczywiście OPM ma na swym koncie kilka aktów terroru. Najsłynniejsze było porwanie kilkunastoosobowej indonezyjsko-europejskiej ekipy naukowej w 1996, przy odbijaniu której zginęło kilka osób. Podkłada też bomby - ale głównie pod instalacje wojskowe i przemysłowe.

Od wczesnych lat 70. generał Kwalik wojował nie tyle z Indonezją, co z mającą swą siedzibę w Timice największą na świecie kopalnią miedzi, złota i srebra i jej właścicielem - amerykańskim koncernem Freeport. Kiedy w styczniu 2009 roku w drodze do Jayapury byłem kilkanaście minut na lotnisku w Timice, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że odwiedzam państwo-państwie: ze samolotami, autobusami i domami należącymi do koncernu i kilkoma tysiącami „poddanych” - robotników absolutnie uzależnionych od widzimisię koncernu.

Dla indonezyjskich władz ten wydobywczy gigant jest kurą znoszącą złote jaja. Kopalnia z dziennymi obrotami przekraczającymi ponoć 8 mln dolarów to największy podatnik w Indonezji i jak mówią papuascy bojownicy źródło wielu łapówek dla indonezyjskich polityków i generałów. Papuasi i działacze praw człowieka oskarżają koncern o masowe niszczenie środowiska i zabieranie tego, co dla ludu Amungme najdroższe - ziemi. Mający potężne wpływy w Indonezji i na świecie Freeport maluje się w mediach jako dobroczyńca, wydający miliardy na różne projekty środowiskowe i edukacyjne.

Papua to ziemia wielkości Hiszpanii położona dosłownie na końcu świata. Porasta ją gęsta tropikalna dżungla, w której leżą bądź rosną miliardy jeśli nie biliony - w postaci surowców (miedzi złota) i tropikalnego drewna. Bliżej stąd do Australii (250 km z najbliższego końca wyspy) niż do Dżakarty (3,2 tys.). Papuasi bardziej przypominają aborygenów niż Jawajczyków a między jednymi a drugimi jest cywilizacyjna przepaść.

Papuasi to chrześcijanie bądź animiści żyjący czasami tak jak ich przodkowie. Uprawiają słodkie ziemniaki i pasają najdroższe im zwierzętami - świnie, które w nocy śpią w chatach z kobietami i dziećmi.

Jawajczycy czy mieszkańcy Sumatry - „cywilizowani” muzułmanie, zachęcani finansowo przez rząd do emigracji na Papuę. Dziś tych pierwszych jest tylko 1,2 mln, drugich - już aż 800 tys. A meczety w zamieszkiwanej niegdyś przez Papuasów z ludów Dani i Lani Wamenie - rosną jak grzyby po deszczu.

Papua - zachodnia część wyspy Nowa Gwinea jest od lat 60. XX wieku najdalej wysuniętą na wschód częścią Indonezji. W odróżnieniu od sąsiada - Papui Nowej Gwinei (niegdyś kolonii angielskiej i niemieckie), która ogłosiła niepodległość w 1975 roku, Papua Zachodnia cieszy się tylko ograniczoną autonomią i nie ma szans na niezawisłość.

A historia tej dawnej holenderskiej kolonii mogła potoczyć się inaczej, bo opuszczając ją po II wojnie Holendrzy chcieli podarować jej niepodległość. Pod koniec 1961 roku kongres Zachodniej Papui proklamował niepodległość i po raz pierwszy  wywiesił papuaską flagę - tzw. gwiazdę poranną. Ale kilkadziesiąt tysięcy indonezyjskich żołnierzy było już wtedy w Papui, by przyłączyć ją do tzw. macierzy.

Holendrzy, bojąc się drugiej wojny z Indonezją (pierwszą o kontrole nad swymi dawnymi Indiami Holenderskimi przegrali) i za namową prezydenta USA Johna Keneddy'ego, przekazali władzę nad wyspą ONZ. ONZ zaś przekazała Indonezji w zamian za obietnice przeprowadzenia referendum. To co odbyło się w 1969 roku, a co w indonezyjskiej historiografii nazywa się Aktem Wolnego Wyboru było jednak farsą demokracji.

Władze indonezyjskie wybrały 1026 tzw. elektorów z ponad 800 tys. Papuasów i Melanezyjczyków. Indonezyjczycy przekupiwszy ich (albo zastraszywszy) dokładnie powiedzieli co mają zrobić. Przejście przez narysowaną na ziemi linię oznaczało chęć przyłączenie do Indonezji. Wynik nie trudno było zgadnąć. Choć obserwatorzy ONZ mieli wątpliwości (i nie mieli tłumaczy, by zapytać Papuasów o przekupstwo czy zastraszanie), ONZ uznał głosowanie za ważne a niepodległościowcy nazwali głosowanie Aktem bez Wyboru.

Przez 40 lat władze w Dżakarcie umacniały indonezyjskość Papui - do niedawna nazywała się ona Irian Jaya. Zdaniem obrońców praw człowieka i organizacji sympatyzujących z ruchem separatystycznym w kampanii tej zginęło od 70 - do 200 tys. Papuasów. Z powierzchni ziemi znikały całe wioski.

Zabicie przez indonezyjską ważnego przywódcę papuaskiej partyzantki to potężny cios w ruch wolnościowy na Papui. Szanse na porozumienie między Dżakartą a ruchem separatystycznym na wzór tego zawartego w 2005 roku w Aceh na Sumatrze są tylko teoretyczne. Nierealne są marzenia wielu papuaskich działaczy emigracyjnych, którzy chcieliby, aby ch ojczyzna poszła w ślady Timoru Wschodniego, który po referendum 1999 roku i serii dramatycznych wydarzeń oderwał się od Indonezji i jest niepodległym państwem.

 

18:06, jacuscipowiem
Link Komentarze (1) »

Brytyjskie dzienniki od kilku dni analizują sens, znaczenie i polityczny przekaz świątecznych kartek od przwódców trzech głównych partii na Wyspach. Pomysł godny pozazdroszczenia w Polsce. Z jednym „ale”. Choć jestem dziennikarzem i to z dość psorym stażem, to nie wiem jakie kartki wysyłają Tusk, Kaczyński I, Kaczyński II i Napieralski. Żadnej bowiem nie dostałem. Nie żebym się skarżył, dostawanie kartek od polityków mnie specjalnie nie kręci. Poza tym dostałem kartki od osób, na których mi zależy, badź są mi bliskie.

W „Daily Mail” polityczne kartki przeanalizował prof. psychologii Cary Cooper. Jego zdaniem kartka Browna jest może i fajna, ale sugeruje, że premier i rząd wisi w powietrzy w oderwaniu od rzeczywistości i wyborców.

Kartka Davida Camerona, szefa konserwatystów mówi - idziemy do władzy, choć ledwo co nas widać przez zaszronioną szybę (drzewo - symbol partii na prawo od innego symbolu Wielkiej Brytanii - Big Bena)

Najprościej, ale też najlepiej - bo najbardziej ludzko wygląda kartka mojego faworyta - szefa liberałów Nicka Clegga. Kartkę narysowali bowiem jego synowie - Alberto i Antonio. Jest super. Bardzo osobista i chwyta za serce.

 

10:25, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 grudnia 2009

W Wielkiej Brytanii zbyt głośnie uprawianie seksu to zachowanie antyspołeczne. Tak przynajmniej zakwalifikował je sąd w Newcastle w Anglii.

Sądzona i skazana za złamanie (aż trzy razy) popularnego na Wyspach ASBO (anti-social behaviour order) Caroline Cartwright (48 lat) rozwścieczyła swych sąsiadów z Washington pod Newcastle wiosną br. Wzywali oni policję, skarżąc się, że Caroline i jej mąż Steve zbyt głośno się kochają, łamiąc ciszę nocną. W kwietniu policja aresztowała Caroline  trzy razy. Kobieta pozostawała w areszcie do 5 maja.

Jedna z sąsiadek tłumaczyła, że nieludzkie krzyki, walenie łózkiem i głośne odgłosy klepania (zgadnijcie po czym?) dochodzące nad ranem zza ściany nie dają jej żyć. Według niej tych miłosnych krzyków nie da się do niczego porównać, choć czasami wydawało się jakby seks sprawiał kochankom ból.

Sąsiedzi nie byli jedynymi osobami, których drażniło hałaśliwe pożycie Caroline Cartwright. Na nieludzkie wrzaski zwrócili uwagę też przechodnie i listonosz. W końcu władze lokalne zainstalowały potajmnie w sąsiednim mieszkaniu aparaturę do mierzenia poziomu hałasu. Okazało się, że aparaty notowały średnio 30-40 decybeli a raz pokazały nawet 47 decybeli. (polskie normy dopuszczają w mieszkaniach poziom hałasu na poziomie do 40 dB w ciągu dnia i 30 dB w nocy).

Swoją drogą pamiętam jak do dziś koszmarną noc spędzoną 6-7 lat temu na kempingu gdzieś na Sycylii. Spaliśmy całą rodziną w namiocie. W którymś z sąsiednich namiotów jakaś kobieta tak strasznie szczytowała jakby ktoś ją zarzynał. W dodatku krzyczała po włosku o Madonna, o Maria, o Madonna, i tak dalej. Ludzie wychodzili z namiatów i patrzyli się dwuznacznie na siebie próbując zgadnąć kto winien. Moje małe wówczas dzieci pytały się co się tej pani stało. Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie chciałem kłamać.

 

09:52, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 grudnia 2009

 

Coraz więcej angielskich nastolatek decyduje się na więcej niż jedną aborcję. - To klęska polityki rządu - grzmi konserwatywna opozycja. A organizacje pro life ostrzegają, że aborcja staje się formą antykoncepcji

- Co się dzieje, że nie jesteśmy w stanie obniżyć liczby tych młodych dziewcząt, które nie tylko kończą swój związek z niechcianą ciążą, ale potem wracają by pozbyć się kolejnej? - pyta retorycznie Anne Milton, była pielęgniarka, która w gabinecie cieni torysów odpowiada za zdrowie. To dzięki jej interpelacji poselskiej rząd musiał ujawnić zastraszające dane.

W 2008 (to najświeższe rządowe) aż 5218 dziewcząt i kobiet do 20 roku życia miało w Anglii więcej niż jedną aborcję. Oznacza to, że mniej więcej jedna nastolatka na dwadzieścia zachodzących tam w niechcianą ciąże decyduje się na zabieg jej przerywania co najmniej dwa razy! W tym samym roku powtórnie przerwało też ciążę kolejne 15 tys. kobiet w wieku od 20 do 24 lat. Miejscem, gdzie najczęściej dokonywane są powtórne aborcje nastolatek jest Londyn - średnio jedna na każde dziewięć przypadków zajścia w ciążę.

Spory odsetek powtórnych aborcji wśród nieletnich idzie w parze z rosnącym odsetkiem powtórnych aborcji w ogóle. W 2008 roku aż 65 tys. kobiet, które przerwały ciążę, zrobiło to drugi, trzeci bądź nawet czwarty raz w życiu. Więcej niż cztery aborcje miało 3,8 tys. kobiet. W sumie w wielkiej Brytanii miało miejsce 220 tys. aborcji.

Opozycja nie ma wątpliwości kto jest winien eksplozji niechcianych ciąż wśród nastolatek. - Te dane to dowód na to, że rząd nie jest w stanie przygotować spójnej strategii dotyczącej zdrowia seksualnego w Anglii - mówi konserwatystka Anne Milton. I apeluje, by zamiast skupiać się na edukacji seksualnej czy antykoncepcji, rząd zajął się przyczynami problemu czyli według niej niekorzystnymi zmianami w brytyjskim społeczeństwie.

Wielka Brytania słynie z otwartego podejścia do antykoncepcji także dla młodzieży i niezwykle liberalnej ustawy aborcyjnej. Torysi nie zamierzają jej zaostrzać, ale mają za złe laburzystom, że wpompowali setki milionów funtów w edukację seksualną, a odsetek niechcianych ciąż wśród nastolatek na Wyspach Brytyjskich jest wciąż najwyższy w Europie. Wynosi on 27 na 1 tys., podczas gdy w Hiszpanii 8 na 1 tys., a we Francji 5 na 1 tys.
W 2006 r. w ciążę w Wielkiej Brytanii zaszło 39 tys. dziewcząt poniżej 18. roku życia, z czego 7 tys. nie miało skończonych 16 lat. W 2007 r.  aborcję przeprowadziło 21 tys. dziewcząt poniżej 18. roku życia.

Liczba niechcianych ciąż wśród nastolatek zaczęła rosnąć w 2008 roku, po raz pierwszy od opanowania zjawiska w 2002 roku. Organizacje broniące prawa do życia biją na alarm. - Jest wiele dowodów na to, że dostarczanie młodym ludziom środków antykoncepcyjnych po to, by zmniejszyć ilość przypadków zachodzenia w ciążę prowadzi do większej liczby aborcji - przekonuje Phyllis Bowman z organizacji Right To Life. - Oznacza to, że więcej młodych kobiet decyduje się na seks, bo wie, że zawsze może liczyć na aborcję. Aborcja staje się w efekcie kolejną formą antykoncepcji - dodaje.

Ze stawianiem znaku równości pomiędzy antykoncepcją a aborcją nie zgadzają się stanowczo organizacje z drugiej strony światopoglądowej barykady. Zdaniem Julie Bentley z Stowarzyszenia Planowania Rodziny przedstawione statystyki są rzeczywiście niepokojące, ale nie dowodzą, że rządowa strategia opierająca się na edukacji seksualnej i dostępności antykoncepcji przynoszą efekt odmienny od założonego. - Te dane dotyczą małej ilości kobiet i właściwie odnoszą się do niezwykle skomplikowanych przypadków - mówi „Guardianowi” Bentley.

Jej zdaniem część z kobiet, które zdecydowały się na powtórną aborcję mogła paść ofiarą gwałtu, inne zaś miały zapewne poważne problemy rodzinne.

Brytyjskie prawo aborcyjne obowiązuje od 40 lat i uchodzi za najbardziej liberalne w Europie. Zezwala na przerywanie ciąży do 24. tygodnia, o ile dwóch lekarzy oświadczy, iż zabieg w mniejszym stopniu wpłynie na zdrowie psychiczne bądź fizyczne kobiety niż kontynuowanie ciąży. Bezpłatna aborcja jest dostępna po skierowaniu z NHS (odpowiednik NFZ).

Nie wszyscy tak uważają.

 

14:16, jacuscipowiem
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 grudnia 2009

Jak wynika z właśnie opublikowanych w Wielkiej Brytanii badań przeciętny Brytyjczyk spędza w ciągu całego swojego życia 10585 godzin w pubie. To jakieś 441 dni, czyli więcej niż rok. Wypija przez ten czas 5403 drinki i zjada 1755 snaków. Gdyby życie mierzyć w drinkach i pubogodzinach, można powiedzieć - amen.

Szkoda, że nie liczyłem wypitych przeze mnie drinków. W kategorii „życie w pubie” nie mam szans w rywalizacji z Brytami. Swoją drogą takie statystyki są zabawne, pozwalają na życie spojrzeć z nieco innej strony.

10:05, jacuscipowiem
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 grudnia 2009

Gdzie w Europie można sobie kupić most a razem z nim dożywotnie zwolnienie podatkowe? Tylko w Anglii, bo tam prawo sięga kilkuset lat wstecz. Taki właśnie most-raj podatkowy poszedł właśnie na aukcji w Londynie za milion funtów

Legenda głosi, że w miejscu, w którym stoi dziś Most Swinford karoca z królem Jerzym III wpadła do Tamizy z promu, który transportował ją na drugi brzeg. Był rok pański 1765. Hrabia Abingdon, właściciel okolicznych włości, wściekł się i postanowił zbudować kamienny most. Po dwóch latach most już stał, a hrabia przeforsował w parlamencie prawo, które zwalniało „na zawsze” z płacenia podatków zarówno jego jak i przyszłych właścicieli mostu.

Most Swinford leżący koło Oksfordu w hrabstwie Oxfordshire został wystawiony na aukcji przez prywatnego właściciela, którego nie łączył żadne więzy pokrewieństwa z hrabią Abingdon. Został kupiony przez jednego z ponad 90 aukcjonerów, których zapewne bardziej interesowało zwolnienie z podatku dochodowego i biznesowego, niż dochody z płatnego mostu. „Zapomnij o uciekaniu na Jersey, do Monako czy na Kajmany - teraz możesz kupić sobie swój własny raj podatkowy godzinę drogi od Londynu” - pisał „Financial Times”.

Most z widziany z lotu ptaka

Most sprzedano w czwartek za 1,08 mln funtów. Dom aukcyjny Allsop nie jest zbyt szczęśliwy, gdyż liczył, że zabytkowy most pójdzie za 1,2 mln funtów. Niezadowolony był także komitet społeczny, który prowadził akcję protestacyjną przeciw mytu, ściąganemu z 4 mln samochodów przejeżdżających co roku przez most. Pięć pensów za auto to może nie jest mało, ale jak przekonują demonstrujący, utrzymywanie myta „to marnowanie czasu i pieniędzy”.

Przed nowym właścicielem nie lada wyzwanie. Choć roczne dochody z myta mogą sięgnąć 190 tys. funtów, to renowacja i utrzymanie mostu oraz obsługa ruchu na nim też sporo kosztują. Poprzedni właściciel wyliczył, że sama tylko niezbędna naprawa i renowacja mostu pochłonie 670 tys. funtów do 2020 roku.

W Anglii jest 12 prywatnych mostów - nie wiadomo jednak dokładnie ile z nich zapewnia właścicielom zwolnienie z podatku.

 

16:34, jacuscipowiem
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39
wyborcza.pl
Jacek Pawlicki

Jacek Pawlicki, rocznik 1966. Absolwent Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. W „Gazecie Wyborczej” od października 1991 - najpierw w „Gazecie Stołecznej” potem w „Wyborczej” - dziale gospodarczym i zagranicznym. W latach 1998-2002 korespondent „GW” w Brukseli. Obecnie redaktor, dziennikarz i komentator. Pisze zawodowo i dla przyjemności. Fotografuje świat dla przyjemności i z pasją. Żona, Aleksandra (dziennikarka „Przekroju”), dwóch synów Filip i Jakub. Pies, Smok - labrador biszkopt.

↑ top | © Agora SA | design by kate_mac
Zdjęcia Jacka Pawlickiego